Lepiej zapobiegać niż leczyć

czyli dlaczego kampania „Seks w moim mieście” powinna być finansowana z publicznych pieniędzy

Lepiej zapobiegać niż leczyć. Ta przypisywana Hipokratesowi paremia ma szczególne zastosowanie, kiedy to leczenie jest kosztowne i finansowane z budżetu Państwa. A Polska (podobnie jak wiele krajów na świecie) finansuje terapie retrowirusową osobom zakażonym HIV. I to wszystkim bez wyjątku. Nie trzeba być nawet ubezpieczonym. Kosztuje to polskiego podatnika ponad 300 mln zł każdego roku. Jeśli więc jest jakaś metoda na ograniczenie zakażeń HIV, to także z powodów czysto finansowych warto z niej skorzystać.

Dlatego finansuje się z publicznych środków kampanie społeczne, aby zmniejszyć tempo rozprzestrzeniania się wirusa HIV. Bo taniej jest zapobiegać niż leczyć. Zwłaszcza, że na działania takie wydawane są znikome środki w porównaniu z kwotami przeznaczanymi na terapię retrowirusową. Na „zapobieganie” przeznacza się mniej niż 1% wydatków na „leczenie”.

Jeśli więc już wydajemy publiczne pieniądze na działania prewencyjne to warto żeby były skuteczne. Nie ma w polskim systemie prawnym normy zabraniającej finansowania działań które mówią o seksie. Jest natomiast sporo norm związanych z niegospodarnością czy zakazem marnotrawienia publicznych pieniędzy. Dlatego robiąc kampanie społeczną warto zadbać o to, by przyniosła jakiś efekt.

Problem jednak w tym, że większość kampanii społecznych nie działa. Liczba wykrytych zakażeń, a także liczba zakażonych ogółem rośnie. Nie pomagają akcje edukacyjne, bo poziom wiedzy na temat HIV/AIDS i bezpieczniejszego seksu jest dosyć wysoki (zwłaszcza w grupach ryzyka), co nie przeszkadza kolejnym świadomym zagrożenia osobom podejmować ryzykownego zachowania seksualne. Nie pomagają także kampanie społeczne straszące ludzi tym, że decydując się na ryzykowne zachowania seksualne ryzykują własnym życiem. Wydaje się, że używanie strachu jako bodźca przynosi krótkotrwały efekt, bo choć prowadzi do trwającej jakiś czas abstynencji seksualnej, to w pewnym momencie pożądanie wygrywa ze strachem, co prowadzi często do przypadkowych i ryzykownych zachowań seksualnych, czyli takich, które obarczone są największym ryzykiem zakażenia wirusem HIV.

Co więc zrobić żeby kampania społeczna finansowana ze środków publicznych była skuteczna? Zdaniem ekspertów (w tym chociażby prof. Izdebskiego) kampania społeczna, która ma szanse obecnie zmniejszyć tempo rozprzestrzeniania się wirusa HIV, to kampania obliczona na niewielką zmianę postawy odbiorcy. Zmianę nie tak dużą, żeby wiązało się to z zaprzeczeniem dotychczasowego stylu życia, ale jednak wystarczającą, żeby zminimalizować ryzyko zakażenia HIV. Nie należy moralizować ani pouczać, bo żadna kampania nie wygra z wszechotaczającą nas kulturą seksu. Można za to pokazać, że da się prowadzić dotychczasowy styl życia i cieszyć się względnym bezpieczeństwem.

Przygotowując kampanie trzeba też zastanowić się na grupą docelową. Niestety wiele wskazuje na to, że geje (czy szerzej mężczyźni uprawiający seks z mężczyznami) są w czołówce grup ryzyk zakażenia wirusem HIV. Pytanie tylko czy wszyscy geje? Otóż nie. gej-abstynent ma taką samą szansę zakazić się HIV poprzez stosunek seksualny co ksiądz żyjący w celibacie. Ludzie, którzy nie uprawiają seksu nie zakażą się tą drogą HIV. Dlatego kampania społeczna powinna być skierowana do tych gejów, którzy seks uprawiają. A zwłaszcza tych, którzy robią to często.
I to właśnie zrobili twórcy kampanii „Seks w moim mieście”. Zrobili kampanie adresowaną do gejów aktywnych (żeby nie powiedzieć hiperaktywnych seksualnie). Pracując w czasie studiów w jednym z największych portali randkowych dla gejów widziałem profile o bardzo zbliżonej treści, do tych prezentowanych na stronie kampanii. Przez chwilę myślałem, że „Seks w moim mieście” to naprawdę portal randkowy. Te fikcyjne profile różniły się jednak pewnym detalem od profili, które pamiętam ze świata rzeczywistego. Każdy profil na stronie kampanii, bez względu na to jak realistycznie opisywał preferencje seksualne jego „autora”, pokazywał, że nawet najbardziej wyuzdaną fantazję można realizować w taki sposób, żeby zminimalizować ryzyko zakażenia. I to brzmiało realistycznie i prawdziwie. Nie jak szkolna pogadanka.

Przyznam, że gdy kilka tygodni temu po raz pierwszy zobaczyłem stronę kampanii „Seks w moim mieście” uznałem, że język jest dość mocny. Niemalże naturalistyczne opisy wywołały u mnie pewne poczucie braku smaku. Nie wszyscy geje mówią takim językiem, więc mnie jego dosłowność dość raziła. Nie ukrywam, że również tak otwarte pisanie o narkotykach budziło pewne moje zastrzeżenia, ale na profilaktyce zakażeń HIV w tym zakresie się nie znam więc, się nie wypowiadam. Spotkałem jednak niejedną osobę, z grupy docelowej kampanii i czytałem niejeden profil i wiem, że to jest właśnie język, który dla wielu z nich będzie naturalny i zrozumiały. Sam tworząc kampanie społeczne związane z HIV/AIDS niejednokrotnie „zmiękczam” język kampanii po to, żeby administracja publiczna nie miała zastrzeżeń, a żądni taniej sensacji dziennikarze nie podnosi larum. Takie „zmiękczanie” języka jednak bez wątpienia przyczynia się do osłabienia skuteczności kampanii.

Można więc powiedzieć, że ze względu na jakieś bliżej niezidentyfikowane normy moralne czy etyczne decydujemy się na mniej efektywne wydawanie publicznych pieniędzy. Pojawia się więc pytanie w czym jest problem? Skąd to całe zamieszanie? Może prawdą jest jednak to, że my, Polacy, nie umiemy rozmawiać o seksie i każde pojawienie się tego tematu w przestrzeni publicznej przyjmuje od razu charakter niezdrowej sensacji. Może dlatego w Polsce wciąż nie mamy edukacji seksualnej z prawdziwego zdarzenia, a eksponat w Centrum Nauki Kopernik dotyczący stref erogennych człowieka zostaje wyłączony, mimo że wcześniej konsultowany był przez seksuologia, psychologa, etyka i nawet księdza.

Dziennikarzy goniących za sensacją można jeszcze zrozumieć. W końcu żyją w ciągłej pogoni za newsami, a w medialny slow-day jakim jest poniedziałek o newsy ciężko. Pozostaje jednak pytanie o ludzi władzy. Dlaczego z jednej strony przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia wypowiadając się na temat AIDS nieustannie mówią o rozprzestrzenianiu się epidemii, a następnie praktycznie zatrzymują kampanie społeczną, która jako pierwsza od wielu lat miała szanse coś zmienić?

Gdy kilka tygodni temu odmówiłem przyjęcia nagrody Ministra Zdrowia za mój wkład w działania na rzecz profilaktyki HIV/AIDS pisałem o ignorowaniu pomysłów na prowadzenie skutecznych działań profilaktycznych. Gdy zobaczyłem kampanie „Seks w moim mieście” pomyślałem, że może popełniłem błąd i kropla jednak wydrążyła skałę, a urzędnicy przejrzeli na oczy. Teraz w obliczu zatrzymania tej kampanii pod wpływem pozbawionego merytorycznych argumentów szumu medialnego, bez względu na to czy za ich decyzjami stoi polityczna poprawność, chęć świętego spokoju czy jeszcze inne powody, mam poczucie że jednak byłem zbytnim optymistą. W urzędniczych głowach najwyraźniej nic się nie zmieniło, a tylko kilku organizacjom pozarządowym niemalże udało się przemycić tę jakże wartościową kampanię.

Pytanie czy my wszyscy chcemy płacić kolejne miliony na leczenie przez to, że ktoś boi się mówić o seksie?
Trwa ładowanie komentarzy...